Małpi gaj
Wysłano April 21st, 2009 w Outsourcing przez Wojtek GurgulW niedzielę byłem z całą rodziną w Małpim Gaju. Wiem, że to nie jest nazwa ani prawdziwa ani poprawna, ale takiej używam i już. Chodzi mi o www.opatowicka.pl. Choć moja żona dość ciężko to przeżyła, to w sumie dzień był bardzo udany. Wróciliśmy zadowoleni, a limo, guz i starta skóra na policzku u mojego syna na pewno szybko się zagoją. Moja córka (10 lat) poszła z kuzynami i moim szwagrem na trasy dla dorosłych – te najłatwiejsze. Wróciła po zrobieniu dwóch z nich mocno przestraszona i raczej bez wielkiego entuzjazmu. Choć widać, że jej się w sumie podobało, to jednak strach był większy. Mój syn za to poszedł ze mną na trasy dla dzieci (Małpka). On jest duży jak na swój wiek, ale rozumek ma odpowiedni do wieku. No więc po kilku płaczach i negocjacjach przeszliśmy niemal całą trasę. Ostatni etap to zjazd na linie. Zaczepiłem go, dopilnowałem by wszystko było OK i puściłem. Krzyczałem cały czas “Głowa nisko”, ale chyba emocje były silniejsze. No więc jak przyrżnął o materac na drzewie na końcu to aż mnie ciarki przeszły. Ponieważ ja byłem na platformie nie miałem jak do niego zbiec by mu pomóc. Co gorsze tak się odbił, że płacząc wisiał na środku liny między drzewami a ja nie miałem jak go ściągnąć. W końcu znajomy podbiegł i go doholował do końca i odczepił od lin. Ale co tam – my mężczyźni się łatwo nie zrażamy. Poszliśmy na drugą trasę. Cierpliwie tłumaczyłem żonie, że trzeba iść za ciosem, by zatrzeć złe wrażenia. Ona coś tam mówiła, żeby odpoczął bo głodny itd, ale wiedziałem swoje. W połowie drugiej trasy poniosłem pełną porażkę. Odmówił pójścia dalej (nie dziwię się – sam miałem pietra), odmówił tez powrotu. W końcu pani z obsługi spuściła go na linie na ziemię. No i tak przygody z parkiem linowym zakończyliśmy. Ja jeszcze poszedłem na jedną trudną trasę dla dorosłych, ale jakoś wielkiej radości z tego nie miałem.
Kiedy wracaliśmy pytałem dzieci jak były zadowolone, córka powiedziała, że nie bardzo i raczej nie chce tam już iść, a syn, że też nie bardzo i więcej niż raz w tygodniu tez nie chce tam chodzić… Aaaa – w drodze powrotnej do samochodu zażądał zjeżdżania na linie na której się trenuje przed pójściem na trasy i szło mu nieźle. Zjechał ze 4 razy.
Przed chwilą czytałem mu do snu Mikołajka i skojarzyły mi się wspomnienia z niedzieli. I tak sobie pomyślałem, że my dorośli niewiele się od dzieci różnimy. Jeden ma dobrze i narzeka, a drugi limo pod okiem i guza i mówi, że częściej niż raz w tygodniu nie da rady.


